Jak to z tym hotelem było…

Sargans, pierwsza przygoda…

Aktualny obrazek nie ma ustawionego tekstu alternatywnego. Nazwa pliku brzmi: 20220817_064209-scaled.jpg

Sargans – miasteczko we wschodniej Szwajcarii, około 6 tysięcy mieszkańców, malowniczo położone u stóp szczytu Pizol (2844 m n.p.m.).

Trafiłem tam, można powiedzieć, na końcówkę dużego projektu „Aligro”. Łatwo nie było, jak to przy tego typu realizacjach – ale miejsce i widoki wynagradzały ciężką pracę.

Hotel, a właściwie Gasthof, trafił mi się całkiem fajny. Może dlatego, że nie obiecywałem sobie niczego szczególnego po tym, co wyczytałem o warunkach pracy w Szwajcarii.

Gasthof Sternen, położony w centrum Wangs, typowy alpejski hotelik. Trafił mi się pokój jednoosobowy z łazienką i aneksem kuchennym na korytarzu. Właściwie mówienie „aneks kuchenny” to mała przesada, kuchenka elektryczna, mikrofala i zlew wciśnięte na końcu korytarza, tak że jednocześnie mogła tam poruszać się jedna osoba. Za to łazienka i prysznic były w porządku i zawsze posprzątane przez obsługę, bo z mieszkańcami bywało różnie.

W pokoju obok mieszkał Włoch, który, kiedy brał prysznic, zalewał całą łazienkę. Może w domu nie nauczyli go, do czego służy zasłona prysznicowa, ale to już nie wina obsługi hotelu.

Pokoik miałem fajny, chociaż mały, łóżko, stół, szafa i lodówka, czyli w sumie wszystko, czego potrzeba na takim wyjeździe do przeżycia. Niestety o jakiejkolwiek aktywności sportowej mogłem zapomnieć, między łóżkiem, a stołem było około pół metra, to była jedyna wolna przestrzeń.

Ale za to miałem telewizor – coś około 40 cali.

Niestety, żeby nie było zbyt różowo, hotel był położony przy głównej ulicy. Krawężnik był około metra od mojego okna. Jak to w górach, ulica nie była płaska i jeżeli jakiś skuter jechał akurat pod górę, można było zapomnieć o spokojnym śnie. Pobudkę miałem, kiedy rano podjeżdżał pierwszy autobus, a jak, pod oknem był przystanek.

Jednak to wszystko było bez znaczenia, kiedy szedłem do pracy albo z niej wracałem. Miałem około kilometra, więc autem raczej nie jeździłem. Spacer 10-15 minut, rano z górki (więc do pracy miałem z górki), między alpejskimi krajobrazami, był tym, dla czego warto było tu być.

Zurych / Adliswil, drugie podejście

Praca… jak to właściwie jest z tą pracą?

„Tylko nie do Zurychu”, usłyszałem od znajomego, kiedy czekałem na następną ofertę pracy.

Kończyliśmy właśnie projekt w Sargans, piękne miejsce, małe miasteczka pośród gór, klimat typowej Szwajcarii. Bo dla mnie typowa Szwajcaria to właśnie małe miasteczka, wsie, góry i lasy, nie duże miasta, bo te niewiele różnią się od naszych. No może poza tym, że u nas jest więcej przestrzeni. Na przykład Zurych jest bardzo ściśle zabudowany.

Miasta szwajcarskie są czystsze od polskich? Zależy. W Polsce mieszkam w 200-tysięcznym mieście, jak na szwajcarskie standardy to bardzo duże miasto. Uważam, że jest czyste w porównaniu z tymi w Szwajcarii. Jednak np. w Zurychu pewnego razu, wracając z pracy, trafiłem do dzielnicy, która wyglądała jak typowa polska dzielnica robotnicza. No cóż, może akurat zapomnieli posprzątać.

Przez ponad miesiąc jeździłem codziennie przez Zurych, czasem obwodnicą, czasem przez centrum. Mieszkałem wtedy w Adliswil, a pracowałem po drugiej stronie Zurychu w Kloten, niedaleko lotniska, więc miałem okazję zobaczyć miasto z różnych perspektyw. No cóż – wolę szwajcarską prowincję.

Adliswil i hotel to już inna opowieść, dość ciekawa z punktu widzenia podejścia do klienta, czyli robola-auslandera, bo niestety często tak jesteśmy tam traktowani.

Często znajdziecie w internecie czy książkach opisy, jak to cudownie jest w tym pięknym alpejskim kraju… No cóż, jeżeli ktoś trafił do korporacji, gdzie życzliwi ludzie wszystko za niego załatwią, albo jest się żoną lub partnerką Szwajcara, który powie, o co chodzi z załatwianiem różnych spraw…

Co innego, kiedy musicie sami załatwić kartę do telefonu, otworzyć konto w banku czy znaleźć parking, bo firma nie wpadła na to, że samochód, którym przyjedziecie do pracy, trzeba gdzieś zaparkować (następna ciekawa historia).

No cóż, jedna z pierwszych rzeczy, których się tu nauczyłem, to to, że tu nie ma nic za darmo. Za wszystko musisz zapłacić.

A hotel… no cóż, przerobiony ze starego budynku wielorodzinnego na hotel robotniczy.

Z grubsza wyglądało to tak: postawiłem firmie warunek, że przyjadę, ale chcę mieć pokój z łazienką. Firma potwierdziła, miało być dobrze, miałem skupić się na pracy, a nie na staniu w kolejce do toalety albo pod prysznic.

No cóż, praktyka trochę się rozminęła z teorią.

Pierwszy pokój dostałem dwuosobowy, w mieszkaniu pięciopokojowym, czyli jedna łazienka i prysznic przypadały na około 10 osób. Żeby nie było za dobrze, WC i prysznic były w jednym pomieszczeniu.

Do tego okna były z okiennicami, co samo w sobie jest dobrym pomysłem na upał, ale pod warunkiem, że nie siadają na nich gołębie i nie robią tego, co robią.

Udało mi się zamienić pokój na jednoosobowy – tym razem w mieszkaniu trzypokojowym. Było już lepiej, bo z jednej łazienki korzystały tylko cztery osoby. No jakby nie patrzeć… postęp.

A teraz ciekawostka, o której krążą legendy – pralki w Szwajcarii.

Budynek (hotel), około 50 pokoi, w każdym od jednej do trzech osób. Pralnia była w piwnicy, czyli w sumie szwajcarski standard. Niestety w pralni była… jedna pralka i jedna suszarka. Co więcej, oba urządzenia nie mogły działać równocześnie. Można było albo prać, albo suszyć. I oczywiście wszystko odpłatnie.

Pranie zrobiłem raz, o drugiej w nocy, bo wtedy trafiłem, że pralka była wolna. Później prałem ręcznie. Kraj piękny, ale dbałość o pracownika, wątpliwa. Oczywiście mówimy o zwykłych pracownikach, nie o „korpoludkach” 😉.

Szczęście w tym, że mieszkałem tam około dwóch miesięcy. W sumie głównym powodem mojego wyjazdu były właśnie warunki lokalowe.

Dodatkowo, kiedy chciałem przestawić łóżko, zauważyłem, że za nim, na całej długości, była czarna plama. Żeby było jasne: pokój był pomalowany na biało. No cóż, za łóżkiem był potężny grzyb.

Ciekawostką był też parking przy hotelu. W poprzednim hotelu w Sargans nie było problemów, miejsc było wystarczająco i był to parking asfaltowy. W Adliswil był parking na kilka aut, a pozostali parkowali na trawnikach i chodniku, bo nie było innego wyjścia.

Pewnego dnia, po deszczu, moje auto zakopało się w błocie na tym „parkingu”. Próbując wyjechać, o mało nie uszkodziłem silnika, mimo że auto miało dość wysokie zawieszenie.

No cóż, jak dla mnie, upadek mitu o cudownym alpejskim kraju.

Moje wnioski: kraj piękny, góry, jeziora, dobre zarobki, ale o tym w innych wpisach.

Ogólnie wydaje mi się, że są dwie Szwajcarie. Jedna, ta turystyczna: góry, jeziora, sery, czekolada i precyzyjne zegarki. Druga, ta codzienna, Szwajcaria zwykłych ludzi, którzy ciężko pracują i mieszkają w trudnych warunkach, budując ten piękny kraj.

Przewijanie do góry